
Krótko i na temat - Yamaha Revstar RSS02T vs Sire Larry Carlton L7v.
Krótko i na temat - Yamaha Revstar RSS02T vs Sire Larry Carlton L7v.
Dziś chciałbym się skupić na konkretach dotyczących dwóch bardzo ciekawych instrumentów. Zestawiłem je z konkretnego powodu. Mimo, że różnią się dość mocno samym designem, to mają jednak sporo podobieństw. A co ciekawe, każda z nich jest wyjątkowa i unikatowa. Sire Larry Carlton L7v jest klasycznym single cutem, bez udziwnień i zbędnego niepotrzebnego odświeżania „legendy”. Natomiast Yamaha Revstar RSS02T, to absolutnie nowatorskie podejście do klasyki. Niesamowicie się cieszę, że mimo tak długiego czasu istnienia gitary elektrycznej i ogólnie gitary (w tym klasycznej, akustycznej czy innych strunowych odmian instrumentów), jest ona chyba do dziś najpopularniejszym sprzętem do wyrażania swej muzycznej twórczości. Często słyszę wśród znajomych muzyków a nawet sam często żartuje, że dziś „odchodzi się od gitary”, jednak ilość kupowanego sprzętu, rynek wtórny i coraz to nowe marki utwierdzają mnie tylko w przekonaniu, że gitara jest nieśmiertelna i prędzej ewoluuje niż wymrze. Co mnie ku temu przekonuje? Otóż fakt, że instrumenty strunowe mają się dobrze od czasów starożytnych. Poczynając od prostych harf i cytr, przez zaawansowane klawikordy, klawesyny, oraz ewoluujące „smyki” takie jak altówki, skrzypce, wiolonczele czy kontrabasy. Biorąc pod uwagę fakt, iż gitary są jedną z odnóg tej rodziny i patrząc na to jak prosto nauczyć się na nich podstaw, jestem spokojny o ich los. To co może się stać, to zmiana w inny bardziej elektroniczny produkt, posiadający na swoim pokładzie wiele nowinek technologicznych. Zmieniać się może również system produkcji czy użyte materiały, co dzieje się na naszych oczach.
Nawet muzyka gitarowa jest już inna niż choćby trzydzieści lat temu. Ktoś mógłby powiedzieć, że nie ma ona „ducha melodyjności” ale czy to ważne skoro ma odbiorców? O gustach się nie dyskutuje, a to, że dzięki temu nowe rzesze młodych ludzi po nią sięgają jest czymś niepowtarzalnym. Gitarze może pozazdrościć cała „armia” innych rodzin instrumentów. Gitara ma mocne strony w klasyce, muzyce rozrywkowej, jazzowej, rockowej, metalowej, alternatywnej, punkowej a nawet popowej i elektronicznej. Świat gitarą stoi :)

I bez względu na to, czy technologia wychodzi przed szereg prawdziwości instrumentu, to na pewno „stara szkoła” budowy jest nadal aktualna, a z nią główny budulec czyli drewno. Yamaha RSS02T jest również zbudowana z drewna. Z mahoniu bowiem powstał komorowany korpus, który ma poprawić brzmienie, zmniejszyć wagę i zapewnić optymalną równowagę tonalną instrumentu. Trójwarstwowy mahoniowy gryf wzbogacony jest o karbonowe wzmocnienia, by nie zakłócić naprężeń i nie pozwolić się odkształcić szyjce. Gryf oczywiście jest wklejony w korpus, a naklejono na niego palisandrową podstrunnice o radiusie dwunastu cali z nabitymi na nią dwudziestoma dwoma progami. Jakość instrumentu jest niebywała i już „na sucho” słychać, że gitara ta, to absolutny TOP. Model gitary RSS02T jest dostępny w czterech wykończeniach kolorystycznych, dzięki tamu każdy znajdzie bardziej odpowiadający mu styl. Most składa się z dwóch części. Nowoczesnego naciągu Custom Racing Tailpiece oraz klasycznego Tune-O-Matic z regulacją menzury. Za brzmienie w tej gitarze odpowiadają dwa przetworniki VP5n P90 Single Coil / Alnico V oraz VP5b P90 Single Coil / Alnico V. Rozbudowane są o elektronikę bazującą na pięcio pozycyjnym przełączniku, oraz Push-Pull z systemem "Focus Switch”, który ma za zadanie wyeksponować ciemniejsze wysokie tony, uwypuklić tony średnie i niskie oraz dodać agresywniejszy charakter brzmieniu.

Kolejnym i często omawianym instrumentem przez moją skromną osobę, jest nietuzinkowy Sire Larry Carlton L7v. Dlaczego nietuzinkowy? Otóż, czy znajdziecie instrument w tej cenie tak dobrze wykonany i oparty na bardzo dobrych materiałach? Wątpię. Uważam osobiście, że gitary z tej „stajni” to jedna z najlepszych rzeczy jaka przytrafiła się nam gitarzystom w ostatniej dekadzie. Sam czekam na „superstrata" w ich wykonaniu, choć to pewnie marzenia ściętej głowy. Ale wracając do naszego bohatera, to instrument ten również zbudowany jest w całości z mahoniu. Posiada dwa przetworniki oparte o brzmienie klasycznych P90 oraz posiadający most typu Tune-o-Matic. Ten budżetowy instrument bazujący na nieśmiertelnym kształcie Les Paula posiada wszystkie atuty, by nazwać go profesjonalnym „średniakiem” . I tak naprawdę tylko ze względu na fakt, że jego cena jest naprawdę atrakcyjna. Dla mnie akurat to atut, choć znajdą się tacy, którzy skrytykują go na starcie właśnie z powodu tej kwestii, nie dając sobie nawet szansy na obcowanie z tak fajną gitarą, która nie tylko wygląda i brzmi, ale jest również nad wyraz komfortowa pod względem manualnym. Cieszy mnie ogromnie również ilość dostępnych modeli i to, że cały czas jest widoczny rozwój. Gitary basowe, akustyczne i elektryczne a wszystkie na tym samym bardzo wysokim poziomie to sukces, o jakim nowe marki klasy średniej mogą tylko pomarzyć. A jaka jest recepta na utrzymanie sukcesu? Proste. Jakość! Młode firmy zarządzane przez świetnych managerów potrafią uczyć się od najwiekszych i niekwestionowanych mistrzów w tym temacie. Taka właśnie jest Yamaha, a Sire mimo tego, że jest tylko malutkim ziarnkiem pisaku w porównaniu do tego potentata, potrafi dbać o siebie, przez dbanie o klienta i jego zadowolenie z produktu właśnie. Tak buduje się markę przez duże „M”. Było wielu graczy, którzy świetnie zaczynali i dziś ich nie ma. I nie przez brak innowacji, ale właśnie przez coraz słabszą kontrolę jakości. W tej branży nie trzeba wywarzać otwartych drzwi. Większość instrumentów takich jak gitara elektryczna, to prosty i nieskomplikowany w produkcji sprzęt, jednak najważniejszy jest efekt finalny. Gitar ładnych jest cała masa, natomiast grywalnych i brzmiących tylko ułamek procenta. Dlatego szukajmy i nie skreślajmy nowych „tanich” producentów. Bo w większości przypadków, to właśnie tym maluczkim zależy najbardziej, a walka o klienta jakością, to przepis na świetny instrument. Z tym akcentem Was zostawiam.
Ognia z gryfu, Tomek Andrzejewski!


