Nowy rok, nowe wyzwania. Krótkie przemyślenia z nawiązaniem do gitarowego świata.

Nowy rok, nowe wyzwania. Krótkie przemyślenia z nawiązaniem do gitarowego świata.

Nowy rok, nowe wyzwania. 

Krótkie przemyślenia z nawiązaniem do gitarowego świata.

 

Nowy rok, to nowe postanowienia. A że jestem mocno zadaniowy, staram się postanowienia przekuwać w czyny. Nie jest to łatwe, lecz skutecznie prowadzi do wymarzonego celu. Bo naprawdę nie jest łatwo wstawać codziennie i walczyć z wewnętrznym „ja”, które jest naturą człowieka. A przecież naturalnym odruchem człowieka jest myślenie o swoim komforcie. Naszemu „ja” nie zależy na budowaniu komfortu przez pracę, ale wręcz odwrotnie, zależy mu na wprowadzaniu naszej osoby w nieustanny stan radości podpartej (nie bójmy się użyć tego słowa) lenistwem. Ile to razy gdy zadzwoni budzik myślę tylko o tym, by zamknąć oczy i by dziś wszyscy w koło dali mi święty spokój. Przecież jeszcze kilka lat temu potrafiłem zrywać się skoro świt, pracować, grać, nagrywać a w weekendy przemierzać tysiące kilometrów w busie czy samolocie i grać. Potem nie spać całą noc „after party” i jechać dalej. Po czym powtarzać kolejny dzień z uśmiechem na ustach. A dziś? Skończyłem właśnie czterdzieści cztery lata, niektórzy powiedzą starzec, a inni rzucą, że jeszcze młodzieniec. Jak widzicie wszystko zależy od punktu widzenia i przeżytych lat na ziemi. Bo tak naprawdę nie liczy się to ile lat mamy i jak bardzo walczymy z naszym wewnętrznym człowiekiem. Nieważne jest nawet to, ile zarobimy i ile odłożymy. Nieważne jest również to, czy coś po sobie zostawimy, choć kiedyś myślałem inaczej. Ważne jest to, kim jesteśmy i jacy potrafimy być dla innych. Życie to droga wyborów, ale czy napewno? Czy naprawdę musimy ciągle wybierać pomiędzy być czy mieć? Pomiędzy tym co lubimy bardziej a tym co lubimy mniej? Czy sensem jest ciągła walka o lepszy dom, samochód, gitarę? 


Spędzam sporo czasu we własnym warsztacie budując i serwisując instrumenty. Robię to od lat równolegle z „karierą” muzyczną, i szczerze mówiąc nie potrafię jednoznacznie wybrać którą drogą podążać. Niby nie powinno się „dwom panom służyć”, jednak miłość do obu kierunków działania zawsze wygrywa. Czasem zastanawiam się jakby to było iść tylko jedną ścieżką i chyba doprowadziłoby mnie to do wypalenia. A tak, kiedy chcę odpocząć od dźwięków idę „walczyć” a w zdecydowanej większości „leczyć” instrumenty. Natomiast kiedy mam ich na warsztacie za dużo, muszę odreagować i biorę się za ćwiczenie na gitarze. Faktem jest, że nagrałem sporo płyt (większość dla kogoś innego) i potrafiłem ćwiczyć nawet kilkanaście godzin dziennie. Było i chyba nadal jest to moja pasja, której zawdzięczam tak wiele. Lecz gdybym naprawdę skupił się na jednym kierunku osiągnąłbym dużo więcej, lecz po prostu nie chcę. Może gdybym zbudował markę gitarową inwestując tyle czasu ile zainwestowałem go w ćwiczenie byłbym bogaty ale czy szczęśliwy? Może gdybym postawił na karierę i nie zrezygnował swego czasu z dużych scen (a zrobiłem to z premedytacją) byłbym dziś na szczycie? Nie ma to znaczenia. Wiecie dlaczego? Ponieważ kiedy patrzę w lustro i widzę tego łysego gościa z nadwagą, to mówię do niego: jesteś spoko gość. I nie jest to absolutnie egocentryczne. Po prostu jestem jaki jestem, staram się być uczynnym, pomagać i sprawia mi to ogrom radości. Wolę dawać niż brać, ale potrafię też przyjmować.

 

 

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że moim zdaniem życie to nie Instagram. Nie polega na ciągłym serwowaniu siebie na tacy i to konkurującego w „basenie z kiślem” o kolejnego lajka, kolejne serduszko. Życie to nie czekanie na splendor chwały bo szybko ruszam palcami albo mam lepszą artykulację czy brzmienie. Kiedyś cieszyliśmy się z tego że gramy, dziś granie bez widza dla wielu nie ma absolutnie żadnego sensu. Co się z nami stało? Czy tak źle ewoluowaliśmy? Naprawdę ciągłe molestowanie samych siebie jest ważniejsze niż radość z bycia prawdziwym sobą? Kiedyś pracowaliśmy po kilkanaście godzin dziennie bo była nad nami szlachta z batem, a dziś, bo chcemy mieć o dwa lata nowszy samochód. Jak wielu z nas potrafi się na chwilę zatrzymać. Zostawić wyłączony telefon w domu? Patrzymy na alkoholików, narkomanów mając ich w pogardzie, a sami jesteśmy zniszczeni przez zwykły kawałek elektroniki. Pisze o tym bo widzę w tym siebie i widzę też Was, bo często spotykam się z masą nieznanych mi a bardzo cennych osób i dostrzegam dokładnie ten sam problem. Wiem, że człowiek stworzony jest do kochania i bycia kochanym, że potrzebujemy dobrego słowa i pochwały. Ale żeby żyć tylko pochwałami przez jakieś emotki? Czy celem w graniu na gitarze stały się już 30 sekundowe solówki „kto lepiej”? A kto to ocenia? Gdzie jest sama radość z kompozycji, z grania z przyjaciółmi na próbie, gdzie tworzyły się zespoły, a one tworzyły relacje. Brakuje mi tego… 


Dlatego życzę sobie i Wam wszystkim, byście potrafili spełniać swoje marzenia. Nie czekajcie na lepsze czasy narzekając na swój los, ale zainwestujcie w siebie, by zmieniać to, co dookoła Was. Nie szukajcie wymówek, ale też nie stawiajcie sobie poprzeczek ponad siły. Kropla drąży skałę i łatwiej wygrać konsekwencją niż ambicją. Ja swoje spełnię, spełniam i nie zamierzam na tym poprzestawać. 

 


A teraz krótko o zestawieniu dwóch popularnych modeli stratocasterów marki Squier, o których film znajdziecie na naszym kanale YouTube - TV Guitar Center. Modelem pierwszym jest Squier Affinity a drugim świetny i tani Squier Sonic. Obie gitary to chyba najczęściej obecnie kupowane instrumenty w niskim budżecie. Oba również mimo podobieństw, potrafią się mocno różnić. Szczególnie brzmienie jest tutaj odmienne mimo, że w obu z nich słychać stracocasterowy pazur. Dodam tylko, że wziąłem na „warsztat” gitary z klonowym gryfem i klonową podstrunnicą. Oba instrumenty zbudowane są zatem z tego samego drewna, bo korpusy posiadają z drewna topoli. Affinity ma dużą główkę, co moim zdaniem nie tylko ma wpływ na to jak wizualnie postrzegamy ten instrument, ale przede wszystkim ma wpływ na sustain. W tym przypadku jest na pewno dłuższy, ale o ile? Czy go usłyszymy? Czy może raczej usłyszy go nietoperz? :)


Obie gitary posiadają również ten sam radiu podstrunnicy (9,5”) i liczbę progów (po 21 sztuk). Z tym, że progi trochę się różnią. Moim zdaniem progi w Affinity są wyższe i szersze. Natomiast na obu gitarach gra się bardzo wygodnie. W Squierze Sonic posiadamy most typu vintage tremolo oparty o sześć śrub, natomiast w Affinity zainstalowano dwupunktowe tremolo. Przetworniki różnią się nieco soundem (gitary posiadają po trzy single), jednak który brzmi lepiej? To kwestia gustu i nic więcej. Bardzo dobre instrumenty za niewielki budżet, dające radość z użytkowania i radość z brzmienia to na pewno Sonic i Affinity. Wybór pozostawiam Wam.

 

Pozdrawiam serdecznie i ogień z gryfu.

Tomek Andrzejewski.