
Odwieczne poszukiwania brzmienia. Przetwornik P-90, niedocenione lekarstwo na skuteczny sound.
Odwieczne poszukiwania brzmienia. Przetwornik P-90, niedocenione lekarstwo na skuteczny sound.
Temat przetworników powraca jak bumerang i zatacza koło. Odkąd powstały te dziwne „elektromagnesy” świat muzyki stanął na głowie. I celowo nie użyłem tutaj zdania „świat muzyki gitarowej”, gdyż przetworniki zmieniły dosłownie wszystko w każdej stylistyce i pomogły wejść w świat bigbitu z przytupem. Niemal każdy gitarzysta chciał posiadać instrument z tego typu rozwiązaniem, od bluesmanów po jazzmanów. Implementowano je we wszystkie znane gitary świata. A co ciekawe, zostały udoskonalane i rozwijane, a dzieje się to do dnia dzisiejszego. I chciałoby się rzec: przecież już wszystko w tym temacie zostało powiedziane. Ale czy na pewno? Przecież na początku myślano, że świat skończy się na pojedynczych cewkach, a przecież powstały przetworniki dwucewkowe. Potem wymyślono jak doprowadzić do tego, by single nie „brumiały” dodając kolejną (fałszywą) cewkę. Następnie nastała era zmniejszania i poszerzania konstrukcji, dzięki czemu mamy mini humbackera (nie mylić z humbackerem w singlu) oraz przetworniki tytułowe P-90 (choć przetwornik ten oficjalnie ujrzał światło dzienne pod tą nazwą w gitarach Gibsona z 1946 roku). Kiedy była już baza wielu modeli świat brnął do przodu szukając innych magnesów, były Alnico 2, Alnico 3, Alnico 5 a nawet 8. Potem czas przetworników z magnesami ceramicznymi oraz sztabkowymi. Pewnie jeszcze sporo ominąłem, bo same magnesy to nie wszystko. Rodzaj użytego drutu miał i ma nadal przeogromne znaczenie. W latach osiemdziesiątych powstał pierwszy oficjalny przetwornik aktywny i ten to dopiero narobił grubego rozgardiaszu w szeregach „klasycznych” konstrukcji i fanów metalu. Nie pamiętam nikogo, kto nie posiadał choćby jakiś czas w swojej gitarze lub samej gitary z przetwornikami EMG. Pojawiły się one również u gościa, który nagrał chyba najwięcej albumów na świecie czyli Steve Lukhatera, oraz mistrza chwytania za serce znanego z zespołu Pink Floyd - Davida Gilmoura. To on uzbroił swojego Fendera w te przetworniki, co dla wielu było absolutną profanacją tego instrumentu. A co się okazało po pewnym czasie? Że nawet przetwornikowy asceta, a jednocześnie fan wyżej wymienionego pana potrafił się ugiąć i zakupić takowy set pickapów.

I znowu mijał czas, zmieniały się style muzyczne. Cały czas ewoluowało brzmienie gitary i doczekaliśmy się rozwinięcia myśli technicznej w postaci aktywów niemal doskonałych (celowo piszę, że niemal, gdyż pewnie za jakiś czas znowu wydarzy się coś w temacie) czyli na światło wyszły Fishmany Fluence. Nadmienię tylko, że sam przez kawałek czasu używałem ich namiętnie na wielu scenach i byłem zachwycony jakością i skutecznością brzmienia. Ale nie o tym. Piszę Wam tą treść z innego powodu. Warto eksperymentować, by znaleźć swoje własne i unikatowe brzmienie. Nie chodzi o ciągłe zmiany (już dość, że szukanie brzmienia w modelerach i wtyczkach zabiera ludziom więcej czasu niż samo ćwiczenie i tworzenie), ale chodzi o otwieranie się na zupełnie inne rozwiązania brzmieniowe. Słowa te piszę do ludzi otwartych na zmiany. Nie zamierzam nikogo ukierunkowanego przekonywać do czegoś, czego sam nie chce i nie czuje. Ale istnieje pewnie grupa muzyków, która waha się nad prozaicznymi rozwiązaniami, jak zamianę „lampy na cyfrę” lub całkiem skrajne historie, jaką niewątpliwie jest przeskoczenie z „Testamentu” w krainę jazzu i fusion.
Czasem mamy już wszystko, gitarę, wzmacniacz, efekty, może i jakiś modelery, dobre kable, świetną gitarę, a nadal coś nam nie działa i dalej kręcimy tracąc czas. Ta historia dotyczy (a właściwie dotyczyła) również i mnie. Sam miałem już gitarę genialnie zestrojoną pod względem przetworników i nie mogłem się zdecydować, czy zostać przy trzech singlach, czy może przy układzie HSS. Kiedy się zdecydowałem na to drugie rozwiązanie zaczęły się poszukiwania przetwornika doskonałego do tego zestawu singli. A był to set nie byle jaki, bo grałem na Seymour Duncan Antiquity Hot Texas i powiem Wam, że nawet te trzy single brzmiały już wybitnie. Więc jak ulepszyć i nie popsuć? To właśnie było wyzwanie. Nie siedziałem na forach, bo nie pierwszy zadałem pytanie typu (jaki humbucker pod dwa single z tego zestawu) i wiecie co wyczytywałem? Niesamowite brednie, w większości oczywiście. Ludzie wyrzucali z rękawa nazwy przetworników nie mając nawet pojęcia o ich sile outputu, i samym rodzaju brzmienia. Więc musiałem na własnej skórze, a właściwie uszach poszukiwać… i na szczęście znalazłem. Teraz mam set absolutny. Dlatego między innymi piszę ten tekst.

Gdy poszukiwałem przetwornika, jednym z pomysłów była konstrukcja „P-90”. Pomyślałem trochę i nabyłem takowego dziwacznie wyglądającego osobnika. Skoro szukam z głową, to nie ograniczam się do znanych samemu sobie konstrukcji. Postanowiłem eksperymentować. Mam już swoje lata i wiem, czego w brzmieniu szukam, i właśnie to znalazłem. Tak, zaraz mi tu ktoś wyskoczy (brzmienia szuka się całe życie). Uważam inaczej. Całe życie szuka się swojego własnego tonu. Ale nie chodzi tu o samo brzmienie, a bardziej o wrażliwość i unikatowe niuanse w kompozycji lub artykulacji powodujące, że jesteśmy rozpoznawalni po kilku pierwszych dźwiękach. Może komuś na tym nie zależy (cóż, muzyka poszła w innym kierunku, gdzie wszyscy brzmią, grają i używają nawet tych samych presetów), lecz mi zależy na byciu choć trochę unikatowym. Nie unikatowym jak większość gwiazd popu, nie mających nic do zaprezentowania, więc opierających się na poglądach itp. Mi zależy na tym, by ktoś, gdy usłyszy mój song powie… tak, to na bank Andrzejewski. Więc P-90 wylądował w mojej gitarze. I co się okazało? Otóż byłem ścięty z nóg tym, jak bardzo otworzyło się moje brzmienie. Nie sądziłem, że tak dobrze może brzmieć tak dziwnie wyglądający przetwornik. Niesamowicie skuteczny na czystym soundzie, ale i niesamowity tygrys na lekkich overdrive. Crunch na nim to bajka, a nawet mocniejszy przester ładnie się generował. I wiem, nie jest to przecież typowy humbucker. Ale nie jest też typowym singlem. Jednak w mojej gitarze dogadywał się z jednocewkowymi i bardzo moim zdaniem butikowymi pickupami rewelacyjnie. Zaczęło mnie to zastanawiać, dlaczego nie pochyliłem się nad nim wcześniej, i dotknęło mnie takie spostrzeżenie. Czasem jesteśmy tak bardzo zapatrzeni w swoje ego dotyczące własnej wiedzy, że tracimy szanse na coś lepszego. U mnie proces szukania trwał latami, ale nie oszukujmy się. Kiedyś nie było takiej dostępności i to dosłownie wszystkiego. Dlatego dziwię się, że tak długo trwało sięgnięcie po niego. A jak wspomniałem na początku tekstu, przetwornik ten ma już ponad 80 lat. Co ciekawe nie zostawiłem go w mojej podstawowej gitarze, bo potrzebowałem czegoś lekko drapieżniejszego na leadowym soundzie, ale…. zostawiłem go, i zamontuję w instrumencie nad którym pracuję. Warto poszukiwać i do tego Was mocno namawiam. Zresztą wymiana przetworników jest dużo prostsza i zdecydowanie tańsza, niż wymiana całego naszego „muzycznego kramu”. A taki przetworniczek, może mieć niesamowity wpływ na dalszy rozwój naszych muzycznych poczynań.
Zachęcam Was również, do zobaczenia zestawienia dwóch instrumentów marki Yamaha Revstar, w których to mamy właśnie przetworniki P-90 oraz zwykle standardowe humbuckery. Będziecie mieli możliwość „organoleptycznego” sprawdzenia czy to, co pisze się i o czym się mówi na temat przetwornika P-90 jest prawdą. Pozdrawiam serdecznie i ogień z gryfu!
Tomasz Andrzejewski!


