
Telecaster do metalu? Dlaczego nie!
Telecaster do metalu? Dlaczego nie!
Krótko i na temat
Gdy słyszymy oklepany już frazes w stylu „gitara do metalu”, mamy zazwyczaj przed oczyma powycinany kawałek drewna w najróżniejszych „ostrych” opcjach wizualnych podkreślony jedynym słusznym czarnym kolorem. Ten stereotypowy typ myślenia nie jest pozbawiony podstaw, gdyż zdecydowana większość takich instrumentów faktycznie tak wygląda. Kształty takie jak V-ka, czy gitary z serii Warrior oraz Firebird wpisały się w kanon „piękna” tego stylu muzycznego. Mają też niesamowitą ilość „wyznawców” którzy uważają je za jedynie słuszne wiosła do siania spustoszenia i chwalenia „rogatego”. Za nic mają opinie innych, że na V-ce złe się gra na siedząco, że główka opada w dół (w większości przypadków), bo punkt ciężkości jest nieodpowiednio usytuowany. NIe przekona ich nawet to, że noszenie case trzy razy większego niż standardowy (jak pomieścić takie „origami” w standardowym) spowoduje u nich problemy z kręgosłupem. Ponadto z gitarami tego typu jest tak, że wyciągamy nowy instrument i po dziesięciu minutach już nowym nie jest. Przy takich gabarytach i konstrukcjach bardzo łatwo o szybkie uszkodzenie instrumentu, i o ile nie będzie to udawana główka, o tyle uszkodzony lakier to pewność :)
Uogólniam oczywiście i piszę to wszystko z przymrużeniem oka, bo mi samemu podobają się niektóre tego typu instrumenty, natomiast ze względu chyba na wiek i brak obsługi technicznej skupiam się na „klasycznych” i łatwo użytkowych konstrukcjach. Tak czy siak, jedno jest pewne. Muzyka ciężka rządzi się swoimi prawami jeżeli chodzi o instrumenty. Nie tylko „mocne” przetworniki mają tu znaczenie. Wiele zależy również od tego jak po prostu wygląda nasze narzędzie pracy na scenie. Czy jest spójne z całokształtem wystroju scenicznego i ogólnym image naszego zespołu. Tego nie można odmówić branży muzyki „cięższej”. Co więcej, często byłem jurorem na różnego rodzaju przeglądach i teraz może się ktoś obrazić ale, jeżeli wychodzi grupa ludzi nazywająca się „zespołem”, grająca własną muzykę i utożsamia się jako grupa i każdy wygląda inaczej (w sensie ubioru), z automatu spada zainteresowanie, nawet, gdy zespół gra dobrze. I ktoś może teraz stwierdzić „przecież ubiór nie ma znaczenia” , „ liczy się jakość muzyki”, liczy się wnętrze…. Oczywiście. Powiedzcie to KISS.

Gdyby nie fakt tego jak wyglądali, jak byli spójni, jak potrafili zainteresować słuchacza na koncercie dodatkowo wyglądając i robiąc show, to istnieje szansa, że ich kariera runęła na starcie. I nie chodzi mi wcale o pajacowanie i ubieranie się jak „idiota” (choć to pojęcie względne), ale uważam, że człowiek przychodzący na nasz koncert powinien nas zapamiętać z całokształtu. Mieć przed oczyma obrazek zapamiętany z naszego występu, gdy odpala sobie naszą muzykę z nośnika czy streamingu. Czasem niewiele trzeba aby zaprezentować, że jesteśmy zespołem. Może jeden wspólny element, może lekko zmodyfikowany ale spólny kostium, kolor, jakiś atrybut typu maska czy malowanie twarzy. Niby niedużo, ale jednak robi robotę. Ale rozpisałem się mocno a artykuł jest o zupełnie czymś innym, choć wszystko się tu ładnie miksuje w tym moim szalonym muzycznym mikserze :)
Patrząc jednak na gitarzystów rockowych/metalowych są również wyjątki. I właśnie fakt, że używają gitary nietuzinkowej jeżeli chodzi o kształt, to są w tym prawdziwi i niesamowicie skuteczni kreując świat dźwięków (i to dość mocnych). Jednym z nich jest Joe Duplantier znanym przede wszystkim z zespołu Gojira. Gra na instrumencie inspirowanym telecasterem (o tym instrumencie będę dziś pisał). Sam ma własny sygnaturowany model gitary marki Charvel Joe Duplantier Signature Pro-Mod San Dimas Style 2 HH SW. Wielokrotnie miałem kontakt z tym instrumentem i muszę Wam powiedzieć, że nie brakuje mu mocy, a sam kształt ma spory wpływ na jakość brzmienia i walory akustyczne i sustain. Jednak dla mnie geniuszem (naprawdę koleś zna się na grze na gitarze) jest pewnie mniej znany szerokiej publiczności gitarzysta włoskiej metalowej kapeli DGM. Simone Mularoni, bo o nim mowa, to jeden z moich ulubionych gitarzystów pod względem kreowania riffów oraz grania niesamowitych partii solowych (szczęka opada na ziemię). A korzysta z meksykańskich telecasterów w opcji z dwoma humbuckerami. Ta niesamowicie prosta jak cep konstrukcja nie tylko go nie blokuje, ale powoduje, że patrząc na jego grę mamy wrażenie, że wręcz mu pomaga. Żadnych ruchomych elementów. Tylko on, telecaster i wzmacniacz.

Postanowiłem zatem przybliżyć Wam dziś tani ale niesamowicie fajny instrument jakim jest gitara, która po nakręceniu odcinka (pod ten artykuł), pojechała ze mną do domu. Squier Contemporary Telecaster to gitara do grania mocniejszych rzeczy. Korpus wykonany z topoli bardzo dobrze oddaje niuanse brzmienia. Szyjka w kształcie „C” zbudowana jest z klonu pieczonego i z niego również ma ożyłkowaną czarną żyłką podstrunnicę o radiusie dwunastu cali. Nabito na nią dwadzieścia dwa progi jumbo. Gra się na niej bardzo wygodnie. Klucze olejowe w kolorze czarnym sprawują się bez zarzutu, również most (telecasterowy) jest bardzo stabilny i skuteczny. Czego można oczekiwać po kawałku zagiętej blachy, ma po prostu dobrze przenosić drganie strun na deskę, i ten most właśnie to robi. Duża zasługa dobrego mocnego soundu to przetworniki. Przy szyjce mamy humbucker Squier® SQR™ Atomic™ Humbucking standardowych rozmiarów, a przy moście humbucker w kształcie singla Squier® SQR™ Rail Humbucking. Całość dopełnia trójpozycyjny przełącznik oraz potencjometr tonów i głośności. Polecam zapoznać się z tą gitarą, bo może kształt jest dość klasyczny, natomiast brzmienie bardzo nieoczywiste patrząc na wizualny aspekt tego naprawdę dobrego i dobrze brzmiącego instrumentu. Pozdrawiam serdecznie i ogień z gryfu - Tomek Andrzejewski.


